poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Pudełko numer 2

Wczoraj zrobiłam drugie moje pudełko. Tak prezentuje sie w całości


Początkowo zamierzałam ozdobić je haftem, ale zrezygnowałam, bo chciałam poeksperymentować. Szkoda mi było haftu na eksperymenty.

Zewnętrze pudełka oklejałam dość długo. Najpierw spód, potem krawędzie górne a na końcu całość wokół pudełka i to łatwe nie było, bo trzeba bardzo uważać, żeby było równo. Na koniec nakleiłam na ścianki dodatkowe ścianki (na spód również) zrobione z bloku technicznego oklejonego tkaniną. Dzięki temu krawędzie wyglądają tak:

boczna


krawędź spodu


Teraz środek.

Wnętrze:


Ścianki od środka wyklejone są prostokątami wyciętymi z bloku technicznego oklejonymi tkaniną. Wciąż mam kłopot z wyrabianiem rogów. Mierzę, wycinam, przykładam, niby jest dobrze a po wyklejeniu ścianki nachodzą na siebie. Nad tym muszę jeszcze popracować. Spód jest miękki. Składa się z kilku warstw: blok techniczny, ocieplina, blok techniczny i to wszytko oklejone tkaniną i przyklejone do spodu. Spód wklejałam po wyklejeniu ścianek.

No i wieczko.

Widok z góry

i trochę pod kątem


Wierzch jest również miękki zrobiony tak samo jak spód pudełka.
Na początku brzeg i wnętrze wieczka były oklejone zwykłą surówką ale źle to wyglądało, no to zaczęłam kombinować. Tak teraz wygląda brzeg wieczka


i to jest element, nad którym muszę popracować, to znaczy muszę wymyśleć lub gdzieś podpatrzeć inny sposób. Chyba nawet wiem jak to powinnam była zrobić. Mogłabym to poprawić, ale nie chcę ryzykować, że zniszczę to wieczko przy odklejaniu, więc zostanie tak, jak jest. Nie jest źle, ja tylko chcę umieć lepiej.

I jeszcze środek wieczka



Poduszeczka wyklejająca środek jest grubsza niż ta na spodzie czy na wierzchu. Użyłam tu najgrubszej ociepliny jaką mam. Pudełko bez niej było nieproporcjonalne i chciałam wieczko podnieść. I chyba mi się udało.

Zapomniałabym o wymiarach:

spód 130mm x 130 mm, wysokość zamkniętego pudełka - 95mm.

sobota, 29 sierpnia 2009

Pudełko - mam i ja :-)))

A tak. Ile mogłam, podejrzałam u Krzysi, zaglądałam też do blogów, które ma na swojej stronie. Czekam, aż pokaże, jak zrobiła środek, wtedy będę wiedziała, co zrobiłam źle :-) Do pudełka wykorzystałam ten haft



Ale zaczęłam od zakładki, bo musiałam zobaczyć, jak tkanina reaguje na klej stolarski, jak się przykleja ją do papieru... Nigdy tym klejem niczego nie kleiłam, musiałam potrenować. I tak, wcale nie jest łatwo skleić równo dwie identyczne części. Pod wpływem wilgoci z kleju papier się nieco odkształcił, poza tym ręce drżały mi okropnie i w ten oto sposób zrobiłam najgorszą zakładkę świata :-) Ozdobiłam ją haftem, czemu nie, w końcu haft zrobiłam dzisiaj rano w tempie ekspresowym (wzór podejrzałam na stronie Domy, trochę go zmieniłam) na taśmie z ozdobnymi brzegami, ale po lewej stronie, to znaczy te ozdobne brzegi były pod spodem. Zamiast wywalić go do kosza, przeznaczyłam do treningu. I tak powstała najbrzydsza pod słońcem zakładka. Pokazuję ją z kronikarskiego obowiązku, nie zamierzam jej posiadać :-)


Po skończeniu zakładki zabrałam się za pudełko. Do oklejenia pudełka wybrałam tkaninę, na której klej byłby mozliwie najmniej widoczny. Najpierw zrobiłam przykrywkę, chciałam, żeby była łatwa do zrobienia, nie jest połączona z pudełkiem, ale spód jest miękki, podklejony tekturką oklejoną tkaniną, pod tkaninę dałam ocieplinę. Trudne dla mnie narożniki i widać to na zdjęciach.


Potem wycinałam resztę pudełka a przykrywka leżała pod stosem ciężkich książek. Pudełko zrobione jest z tektury introligatorskiej grubości 5 mm. Wycinanie jest bardzo męczące, jeszcze teraz czuję zmęczenie w dłoniach i nadgarstkach. Posklejałam wszystko, tak jak to Krzysia opisała. Dobrze, że zaglądałam do niej co chwila, bo nie wiedzieć czemu ubzdurałam sobie, że ona swoje pudełko kleiła taśmą samoprzylepną. W porę się zorientowałam, że paskami papieru. Bałam się tego sklejania a okazało się łatwe. No i przeszła pora na najtrudniejszą część, czyli oklejenie całego pudełka. Popełniłam pewnie sporo błędów, kombinowałam, ale jakoś wyszło.

Tak wygląda środek

a tak pudełko w całości



Teraz pudełeczko sobie dosycha, jutro powkładam do niego moje needlpointowe skarby, mam ich na razie niewiele, na pewno się zmieszczą :-)

Jaszcze wymiary - spód 165 mm x 165 mm, wysokość 120 mm.

Aha! Nie powiedziałam ostatniego słowa, zamierzam jeszcze jakieś zrobić i to więcej niż jedno :-)

piątek, 28 sierpnia 2009

Postępy

Skończyły mi się dwa kolory potrzebne do Stitch in time. Utknęłam na tym etapie:


Lubię wykańczać poszczególne elementy, lubię gdy powoli buduje się całość, dlatego postanowiłam zrobić sobie przerwę. Na oku miałam też motylki w podobnej kolorystyce. Nawet naszykowałam nitki, ale stało się coś dziwnego. Odechciało mi się nowej pracy, a moje myśli powędrowały w kierunku rozpoczętych a nieskończonych haftów i sięgnęłam znów po mój sampler. Wykończyłam środek, pozostał brzeg.


Czeka mnie najbardziej żmudny i nudny etap tej pracy, ale też przyjemność zamykania całości.

Prace pogniecione, ale nie chcę ryzykować prasowania przed całkowitym skończeniem, bo boję się, że kanwa mogłaby się jednak odkształcić.

środa, 26 sierpnia 2009

Serduszko - taaaaa... jasne....

Zapanowała na serduszka moda. Serduszka Aty już mnie lekko ruszyły, ale byłam dzielna. No, ale jak zobaczyłam wczoraj u Krzysi jej serduszka ozdobione frywolitką, nie wytrzymałam. No bo takie śliczne, równiutkie.... i gdzieś mi w głowie zaświtało, że ja też potrafię. Potrafię, akurat! Ja proszę, wręcz się domagam gwałtownie, żeby Krzysia wyjaśniła, jakim cudem jej serduszka są takie kształtne. Bo moje, to jest tak krzywe, że aż je polubiłam, bo ktoś je lubić przecież musi.
Proszę bardzo, oto ono:


Skrywa to serduszko pewna tajemnicę, monogram z drugiej strony


ale, że wisi bidula w kącie w kuchni, to pewnie nikt na tył nie będzie zaglądał. O, tak sobie wisi:


Jeszcze ciemne zdjęcia, żeby koraliki było widać:



Tkanina, to szary len 32ct, w sam raz na różne drobiazgi, bo dużej pracy na tym lnie nie zrobię, mój wzrok jednak jest już za słaby, mogę na tym lnie wyszywać jedynie przy dziennym świetle, a ja sporo czasu nad haftami spędzam w nocy. Niemniej wyszywa się bardzo miło. Jest coś takiego w lnie, w tym, jak igła przez niego przechodzi, tak bardzo miękko, no i te drobniutkie krzyżyki, jak ja to lubię. Naszywanie koralików to już była czysta przyjemność, w ogóle to serduszko w stanie płaskim całkiem ładne było. Monogram z resztą też. No, ale skoro mi się chciało, to mam.
Podsumowując, to pierwsze i ostatnie wypchane serduszko w moim życiu. Żebym tylko nie zmieniła zdania...

Dopisane po chwili:

O matko, dostałam wyróżnienie od Ani. Bardzo dziękuję, ale też czuję się zawstydzona. W dodatku jak już przeczytałam tekst, który zacytowałaś Aniu za Wolvin, a który ja też pozwolę sobie zacytować:

"U każdej znajdziemy coś innego, nawet to samo może być inne - to tak, jak z gotowaniem, kazda ugotuje pomidorową i każda będzie troszkę inna, choć może być równie smaczna. A najważniejsze, że nasze prace, pomysły i całe blogi, to część naszego ja, tak się poznajemy, dzięki temu się lubimy, zaprzyjaźniamy".

to już mi się wszystko pokręciło. Bo ja dość mocno reaguję na słowo "pomidorowa". Mój starszy syn jest poważnie uczulony na pomidory, na tyle mocno, że pomidorowej to się u mnie nie gotuje choć to moja ulubiona zupa. Ale ze słowami Wolvin zgadzam się jak najbardziej, za wyróżnienie raz jeszcze serdecznie dziękuję :-)

wtorek, 25 sierpnia 2009

Kołderka 831 - gotowa :-)))

W tym poście napisałam o niej po raz pierwszy. Tak wygląda w całości


a taki ma tył:


Skończyła mi się zieleń, której użyłam na obszycie kwadracików, lamówkę musiałam zrobić w nieco innym odcieniu. Przykładałam do brzegu różne kolory, czerwony, żółty, niebieski.... niby pasowały, ale ten jasno zielony kolor tak ładnie kołderkę zamykał i dopełniał. No i w końcu przestałam marudzić i wybrzydzać.

Miałam zamiar zrobić ją w krótszym czasie, ale tak jakoś wyszło, wyjazd a potem wodociągi. Przyłączają jakieś nowe ujęcie wody i z tego powodu przedwczoraj i wczoraj z rana leciała żółtawa woda, wolałam nie ryzykować z praniem i odczekać jeden dzień, ale za moment kołderka ląduje w pralce a jutro wyrusza w drogę do nowego właściciela.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Szaroniebiesko - po raz ostatni

Podróż w moje rodzinne strony odbyłam pociągiem, to pięć godzin jazdy w jedną stronę. Tam i z powrotem daje tych godzin 10. Siedzieć tyle czasu bezczynnie to ponad moje siły. Zapakowałam w torbę materiały, pierwowzór i tak powstała druga wersja, tym razem ostateczna.
Użyte materiały, to monocanva #18 i nici DMC Pearl Cotton #5 w kolorach biały, 924, 926, 927, 928.

Tak wygląda całość


Wymiary (wzdłuż przekątnych) - 29,5 cm x 29,5 cm.

Nie jest to wierna kopia pierwszej wersji, część wzorów zmieniłam i dołożyłam ramkę. Poniżej kilka zbliżeń:







Bardzo podobają mi się przeplatanki, ta


i ta


Są łatwe do zrobienia i bardzo efektowne.

I jeszcze widok z boku


Mam ochotę na krótkie podsumowanie. Przyjrzałam się moim pierwszym pracom wykonanym w technice needlepoint i popatrzyłam nieco wstecz, odbyłam długa drogę w ciągu niecałego roku. Poznałam mnóstwo nowych ściegów, przeżyłam chwile zwątpienia, zmarnowałam sporo materiałów, ale na czymś trzeba się przecież uczyć. Nic nie zastąpi radości z pracy nad tymi wszystkimi haftami, radości z tworzenia własnych projektów. Ten ostatni uważam za dobry. Wiem też, że sporo jeszcze przede mną, i to mnie cieszy :-)

sobota, 22 sierpnia 2009

A bo ciocia źle na miotle przysiadła....

Wróciłam. Trzy dni mnie nie było a wróciłam tak naładowana wrażeniami i informacjami, że starczyłoby tego na dwutygodniowy urlop. Ale, że czasu nie miałam, trzeba było się sprężać :-)

Moja rodzina jest liczna, jest tak liczna, że nie potrafię dokładnie skojarzyć z kim i w jaki sposób jestem spokrewniona. Trochę sobie to uporządkowałam, rozwikłałam kilka rodzinnych tajemnic, odkryłam nielegalną linię w rodzinie... moi przodkowie są teraz bardziej realni, mniej owiani legendą, bardziej prawdziwi. Spędziłam ten czas w towarzystwie osób, których średnia wieku oscyluje w granicy liczby 70 a właściwie powyżej. Unikałam moich kuzynów i kuzynek młodszych ode mnie, chciałam jak najwięcej zatrzymać ze świata, który odchodzi w zapomnienie, który jest lekceważony bo tak mało nowoczesny. Słuchałam uważnie opowieści z czasów wojny, o partyzantce, z którą mój dziadek ściśle współpracował, o Niemcach stacjonujących w domu mojego dziadka, o krowach wyprowadzanych do lasu, żeby uchronić je przed niemiecką kuchnią, o robotach, na które pojechała jedna z sióstr mojej babci. Dowiedziałam się, że podczas ucieczki z tych robót owa siostra została złapana i jakiś czas siedziała w więzieniu w moim mieście, przez małe okno w celi patrzyła na zegar, na ten sam zegar spoglądam za każdym razem, gdy przechodzę przez Rynek, sprawdzam, czy aby nie jestem spóźniona. Ale teraz to już będzie inny zegar, teraz będzie mi przypominał tę historię z czasów wojny. Inaczej już ten czas będzie odmierzany....
Słuchałam opowieści o mojej babci, którą pamiętam jako wiecznie zapracowaną, mechanicznie wykonującą swoje codzienne czynności, a w młodości była ładną dziewczyną, wesołą, budzącą zainteresowanie, zakochaną w kimś innym i już wiem, dlaczego nie wyszło....

No i moje ciotki... Jako dziecko nie potrafiłam się bronić przed ich niezwykła umiejętnością komplikowania spraw prostych. I wymyśliłam sobie, że to nie są zwykłe istoty, to czarownice, w nocy ujawniające swoją prawdziwą naturę a loty na miotle, to dla nich rzecz codzienna. To myślenie pozostało mi do dzisiaj. Nauczyłam się nie odzywać, ale zawsze uważnie śledzę tok ich rozumowania i notuje w zeszycie, bo mimo całej pomysłowości nie mam szans na takie przeskoki w rozmowie, na tak niezwykłe skojarzenia. I kiedy jedna z nich zapytała mnie wprost, skąd te bóle w kręgosłupie, odparłam z całą szczerością zgodnie z tym, co od lat mam w głowie....
Wybrnęłam, sprytnie wybrnęłam, że za ciocią miotła stoi, zapatrzyłam się na nią i tak jakoś mi się bezmyślnie powiedziało, a o skrzyni, na której ciocia siedzi miałam powiedzieć... Zapomniały o mnie natychmiast, przeanalizowały swoje dolegliwości, przeszły płynnie do wielkiej siły mojego pradziadka i znów popłynęły te wspomnienia... Ale ja tam swoje wiem :-)

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Kołderka 831 - wieści z frontu :-)

Z frontu robót oczywiście. Ale najpierw autorki kwadracików:

żaglówka - abc krk
wywrotka - DOO Głogów
miś w samochodzie - Danut Śrem
wóz strażacki - DOO Głogów
zielony samochód - Ula
brązowy bolid (chyba?) - Renata Solec Kuj.
robot - Agnieszka
statek - Dorka W-w
czerwone autko - Grażka Choszczno
niebieskie autko - kwadracik nie został podpisany
pies na skuterze - MA Leszno
żaglowiec - busia

Przeceniłam własne możliwości, na razie mam gotowy wierzch


Powodów tak wolnego tempa jest kilka. Pierwszy, to wciąż niewystarczające z mojej strony umiejętności. Bardzo mi zależało na równiutkim pozszywaniu poszczególnych części a to oznacza, że wszystko trzeba starannie pospinać szpilkami. To zajmuje czas. Ale dzięki temu z wielu fragmentów jestem dumna, np. z tego:


I większość kwadracików tak dokładnie udało mi się pozszywać. Niemniej nie wszystkie. Z tego np. dumna nie jestem

ale wiem, że w pikowaniu częściowo znikną a w całości nie będą bardzo widoczne.

Tkanina w robociki pochodzi z kołderkowego magazynu i jest naprawdę cudowna w szyciu, miękka, doskonale się układa, no i jest bardziej kolorowa niż na zdjęciu.

Drugi powód opóźnień, to urodziny mojej mamy. Spędziłam u niej cały wczorajszy dzień, a wcześniej uszyłam dla niej makatkę i zakładkę do książki. Szyłam w pośpiechu, obie rzeczy wyglądają fajnie, ale musicie mi uwierzyć na słowo, bo nie zrobiłam zdjęć. W każdym razie spodobały się, więc chyba jest nieźle.

Wracam do szycia, dokładniej, zabieram się za kanapkę :-)

sobota, 15 sierpnia 2009

Stitch in time - przerwa


Najpierw zdjęcie tego, co mam na tamborku, nie przybyło aż tak dużo, ale podoba mi się ten fragment jako kompozycja i chciałam to Wam pokazać. Przerwę zapowiadałam wcześniej - mam już wszystkie materiały na kołderkę, zatem siadam do niej i mam nadzieję uwinąć się w dwa dni, bo to pilna kołderka. Jak już się coś wykluje, pokażę :-)

Miłego weekendu!

czwartek, 13 sierpnia 2009

Stitch in time - pierwsze gałązki

Całość wygląda w tej chwili tak


Z wanny wyrosły pierwsze gałązki, po gałązkach wędrują jakieś ptaszyska, gęsi albo coś podobnego do nich. Jedna w jedną stronę


druga w drugą

Ta druga powinna mieć nieco inne łapki, ale wyglądały jak kółka, nie zdzierżyłam i zrobiłam jej normalne łapki.

Czuję się nieco dziwnie, jakbym miała jakieś rozdwojenie jaźni, bo ptaszyska na tych gałęziach wyglądają nieco absurdalnie, w duchu się z nich śmieję, ale praca mnie wciąga, chyba głównie ze względu na kolorystykę. Te kolory przypominają mi kuchnię jednej z moich ciotek. Kuchnia była częścią jej wiejskiego domku a w tamtych czasach kuchnie na wsi malowano na niebiesko a pokoje bielono wapnem. I to są te kolory. Ten haft powinien zawisnąć w domku tejże ciotki, problem w tym, że domu dawno już nie ma, bo i ciotka od wielu lat nie żyje. Jest ciepłym wspomnieniem dzieciństwa i wakacji spędzanych na wsi. Ciotka miała ciężki charakter ale ja bardzo lubiłam do niej chodzić. W jej domku panował idealny porządek, w kuchni wisiały czyste wykrochmalone ściereczki poobszywane jakimiś koronkami i nie były to wielkopańskie koronki ale taki robione na szydełku ze zwykłych nici, na stole zawsze leżała serweta a na łóżku piętrzyły się poduszki. Kiedy szliśmy do niej w odwiedziny, moje kuzynki i kuzyni znikali w stojącym obok domu córki tejże ciotki, bo dam podawano ciasto i słodycze, ja od urodzenia słodyczy nie lubię i wolałam napawać się atmosferą ciotczynego domu. Zrzędzenia ciotki właściwie nie słuchałam, za to stałam przed tymi koronkami, szydełkowymi poszewkami na poduszkach, przyglądałam się haftom na serwecie... Pamiętam też meble, solidne, robione pewnie przez jakiegoś wiejskiego stolarza, bo ciotka mało nowoczesna była i póki coś się nie rozleciało, było używane.

Chyba wystarczy, trzeba wracać do rzeczywistości. Ale jakim cudem te ptaszyska z tych gałęzi nie spadają, to ja nie wiem. Bo, że na kolejnych siedzą sowy, to już mi się w głowie mieści :-)

środa, 12 sierpnia 2009

Stitch in time - wanna z królikami


No właśnie, dokładnie tak to wygląda, jak wanna z królikami. To najcięższy element w tym wzorze. W myślach nazywałam go "ta głupia wanna z królikami", bo tych niebieskich krzyżyków jest 1146 plus minus 10, bo ostatecznie mogłam się pomylić. Ażurowy brzeg rekompensuje nieco te połacie niebieskiego. Nie wiem czemu, ale na zdjęciu białe krzyżyki są grubsze, w rzeczywistości są delikatne i ten brzeg naprawdę wygląda na ażurowy, to określenie dobrze do niego pasuje.

Teraz mogę poszaleć przy gałązkach i innych drobiazgach, uffff :-))

wtorek, 11 sierpnia 2009

Stitch in time

To haft z serii Workbasket, czyli jakby to Ania P. określiła, kolejny amerykański prościak. Uwielbiam to określenie :-) Nic nie poradzę, że znów coś takiego mnie urzekło i wciągnęło na zabój. Na razie jest tyle:


Kilka zbliżeń.

Narożnik z lampą

i bez lampy,



napis

i drobny element po lewej stronie wewnątrz ramki.

Wyszywam na cieniowanej kanwie 14ct mulinami Anchor 922, 920, 848, 360 oraz DMC 3865. Bardzo podoba mi się napis, szczególnie ten niebieski kolor (Anchor 922) na kawowym cieniowanym tle. Praca zajmuje sporo powierzchni, ale jest "rzadka".

Wzór zawiera elementy needlepointa, ale decydując się na kanwę postanowiłam przerobić wszystko na krzyżyki. Nie powinno być trudno. Szczerze mówiąc szkoda by mi było lnu, dlatego zdecydowałam się na kanwę. W najbliższym czasie chcę zacząć wyszywać na lnie i możliwe, że tak już pozostanie. Krótko mówiąc wyzbywam się kanwy. Ale nie zarzekam się, kanwa ma swój urok.

Ten haft jest raczej z tych "surowych". Wypatrzyłam go już jakiś czas temu, schemat mam bardzo niewyraźny, kolory dobrałam według własnego uznania, być może nie wyszyję pewnych fragmentów lub podmienię je na inne. Nie pokażę Wam docelowego obrazka, będę pokazywać kolejne elementy. Pojawią się króliczki, sówki, wiewiórki... :-) ale też środek wypełniony gałązkami i powinnam napisać kwiatami, ale to takie stylizowane kwiaty, charakterystyczne dla Workbasket.

W pewnym momencie odłożę tę pracę na bok, bo czekam na kwadraciki na kołderkę za jeden uśmiech, to pilna kołderka, ale myślę, że cały haft będzie gotowy jeszcze w sierpniu.

sobota, 8 sierpnia 2009

Patchwork dla mojej siostry

Wstyd się przyznać, jak dawno go zaczęłam, chyba ze dwa lata temu. Ale w końcu jest gotowy. Od jakiegoś czasu pikowałam go, a nie było to takie znów łatwe, bo maszyna na której szyję, zalicza się do tych wiekowych. Trzeba przy pikowaniu wyłączać transport dolny stopki (jakoś tak się to nazywa) i wtedy w trakcie szycia pedał od maszyny przegrzewa się dość mocno, parzy w stopę, przerwy na studzenie są długie, więc pikowanie trwa i trwa.... Niemniej skończyłam. Nie jest doskonały, szyję znacznie gorzej niż wyszywam, ale co tam, przyjemności z szycia miałam sporo, mam nadzieję, że moja siostra będzie jej mieć równie dużo z posiadania tego mojego "dzieła" :-)

Wymiary: 160 cm x 205 cm. Chyba nieco więcej, bo nie naciągałam tkaniny przy mierzeniu.

Widok na całość, pierwsze zdjęcie bez lampy, drugie z lampą.


Kolory są raczej ciepłe, bliższe temu, co widać na drugim zdjęciu.

Poniżej kilka fragmentów.






Starałam się pikować tak, aby poszczególne fragmenty miały różną strukturę. Pikowanie to wciąż bardzo słaba moja strona. To też bardzo słaba strona mojej maszyny. Ale i tak będę szyć, bo mam z tego mnóstwo frajdy :-)

I jeszcze coś, co na razie jest tylko początkiem.


Przy okazji odszczekam uwagi wypowiadane wcześniej, choć nie na tym blogu. Otóż nie używałam tamborka do wyszywania krzyżyków na kanwie typu aida. Kiedyś spróbowałam i zrozumiałam swój błąd. Wiem, że wyszywam dość równo, ale na tamborku efekt jest o niebo lepszy. Wyszywa się dłużej, ale warto. Poza tym, nie wiem skąd mi się to bierze, ale praca upięta na tamborku, naciągnięta i równa kanwa, no cóż, dla mnie ma to w sobie coś czarodziejskiego :-)