piątek, 30 grudnia 2011

Ostatni wpis w tym roku

Sama nie wiem, jak to się stało, że nie odzywałam się ponad miesiąc, mało oryginalnie stwierdzę - jak ten czas szybko leci!!! Naprawdę szybko.
Święta minęły, były cudne, nasyciłam się obecnością moich dzieci, zamieszaniem, radością... i już prawie Sylwester i kolejny rok...

Przede wszystkim składam Wam życzenia, nie spektakularnych sukcesów, na te musicie zapracować samodzielnie, życzę Wam wielu małych drobnych życzliwych gestów wokół, żebyście je dostrzegali, żeby sprawiały, że każdy dzień nabierze cieplejszych barw. Życzenia okraszam zdjęciami serduszek, które uszyłam sobie w ramach ozdabiania mieszkania.


Pokazuję też czerwony swetro-żakiet, w rzeczywistości bordowy (bordowa Rozetti first class, zużyłam 1/2 kg), ale dzisiaj jest dzień kiepskich zdjęć, starałam się i nic z tego, na wszystkich wyszedł taki czerwony.


Poniżej żakiet z włóczki, o której już pisałam (Wendy frizzante), puchaty i miękki, taki wieczorowy, potrzebowałam czegoś do wieczorowej sukienki, wystarczyły trzy dni na zrobienie. I całe szczęście, bo o wyjściu dowiedziałam się bardzo późno.


Faktura nitki jest tak ozdobna, że prawe oczka w zupełności wystarczają. Poszło jakieś 30 dag.


I jeszcze szalik, mam go już chyba ponad miesiąc, może więcej, do długiego czarnego płaszcza. ma ponad dwa metry długości i pół metra szerokości.


Tyle prac skończonych. Powstaje jeszcze swetrzysko robione wzorem podnoszonych oczek, jak skończę - pokażę.

czwartek, 24 listopada 2011

Kolorowe życie wersalki :-)

Takie właśnie od dzisiaj moja wersalka będzie miała. Do tej pory było jasne, więc tez nieźle. Ale do rzeczy.

Kupiłam wersalkę, powiedzmy 5 lat temu. Powiedzmy, bo może to było 6 a może 6 i pół. Nie pamiętam i nie jest to ważne. Miała być obita jasną tkaniną, która da się łatwo umyć, czyli czymś sztucznym. Taka była. Niestety, jak tylko gwarancja się skończyła, tkanina zaczęła brzydko pękać i obłazić. Ukrywałam to pod patchworkiwm a potem pod różnymi kocami, narzutami... W końcu udałam się do tapicera. Za nowe obicie zażądał - bagatela! - tysiąca złotych. Dalej zasłaniałam brzydkie miejsca, a było ich coraz więcej i nie było to fajne. Rozważałam różne opcje, najłatwiej było kupić nową i po kłopocie, ale zwyczajnie było mi żal kasy. No i ma ta moja wersalka jedną ważną zaletę - jest wygodna. Do siedzenia. Do spania beznadziejna. W końcu postanowiłam sama rozwiązać problem, przeprowadzając się, zabrałam ją ze sobą jako worek treningowy. A trenować zamierzałam tapicerstwo. I proszę, oto efekt.






Zbliżenie na tkaninę.
Jeszcze koszty. Całe 18 złotych. A tak. Tkanina, to zasłony ze szmateksu. Prułam, zszywałam na nowo, trochę sztukowałam, prasowałam, ale nie do końca udało się szwy rozprasować. Nauka kosztuje, ale w tym przypadku nie było to kosztowne. Myślę, że z rok wytrzyma. W ciągu roku znajdę tkaniny w nieco innej kolorystyce i obije ją na nowo. Marzy mi się granatowy dół i granatowo-kremowa góra. I oczywiście taniutko ma być :-)

niedziela, 13 listopada 2011

Anagram - Round Sampler - reaktywacja

Swoje bidulek odleżał. Tu (klik-klik) pisałam o nim ostatnio, od tamtej pory nie tknęłam. I nagle teraz poczułam, że mam ochotę go skończyć. Tak wygląda obecnie:


O dziwo, nie czuję znużenia, wręcz muszę sobie dawkować wyszywanie, bo najchętniej spędzałabym nad nim cały czas. A tu tyle rzeczy do zrobienia :-)

Obiecałam sobie, że jak skończę, wykończę kury a potem, potem... potem będzie to - Quaker Diamonds. Znalazłam przeliczenie kolorów na DMC i tego będę się trzymać. Mam ochotę na ten haft od dawna, mam nadzieje, że moje plany zostaną zrealizowane i, że siłą rozpędu wyszyję jeszcze jeden z tej serii czyli Spring Quakers.
Nie macie pojęcia jak bardzo jestem "nakręcona" na wyszywanie :-)

środa, 9 listopada 2011

Hafcik urodzinowy i hafcik kołderkowy.

Dwa hafciki, świeżutko zdjęte z tamborka :-)

Jutro są moje urodziny i z tej okazji życzę Wam i sobie tego wszystkiego co poniżej.

Hafcik swoje odczekał, zaczęłam go w zeszłym roku, pisałam o nim tutaj i tutaj. Zrezygnowałam z oryginalnych literek, część napisu jest jaka jest. Poddałam się i nie żałuję :-)

Dawno już nie wyszyłam żadnego hafciku na kołderki. Czas to zmienić :-)



sobota, 5 listopada 2011

SAL 2011 - bombka

Ale bez środka, żeby nie było, że pokazuję gotowy efekt.

Kanwa - dziwaczna, to jedyne sensowne określenie - bardzo luźny splot, duże dziury, miękka, wręcz szmatława. Na 152 mm mieści się 105 krzyżyków, wygląda zatem na 18ct. Kolor kanwy ecru, mulina DMC 3857.

Teraz przerwa od światecznych wzorków, bo ruszyło mnie sumienie. Efekty, mam nadzieję, za kilka dni. A może i szybciej.

piątek, 4 listopada 2011

SAL 2011 - skończyłam Lili Soleil:-)

A tak. Na dowód zdjęcia. Nie całości, bo całość to dopiero 22 grudnia. Środeczek.

Zmieniłam płatki śniegu, no nie zdzierżyłam, okrutnie ciężkie mi się wydały, nawet wyszyte pojedynczą nitka muliny drażniły. Napis tez uległ likwidacji, w jego miejsce pojawił się taki malutki w lewym rogu.


"SALowej" zabawy nie kończę, mam ochotę na jedną lub dwie bombki a potem pewne serduszka, które mnie zauroczyły.

Z kuchennego frontu nie mam dobrych wieści. Zakwas wyhodowałam, ciasto przygotowałam, przed pieczeniem zwiększyło objętość dwukrotnie, o proszę:

ale chleb wyszedł marny, ciężki. Smakuje nawet, nawet, ale to nie to, tego jestem pewna. Oczywiście sześć łyżek ciasta odłożyłam, będę próbować, tak łatwo się nie poddam :-)

wtorek, 1 listopada 2011

Prawie jak co dzień

Będzie w punktach, bo lubię porządkować rzeczy i myśli.

1. Kiszenie warzyw. Pisałam o tym jakiś czas temu, nie odpowiedziałam no jedno z pytań, bo czekałam co z tego kiszenia wyniknie. Skład moich warzyw: buraczki, seler, marchewka, cebula, czosnek, ale muszę dodać, że przeważały buraczki. Tak naprawdę to jest jeden wielki eksperyment. Najpierw przepis a właściwie wariacja na temat :-)

Warzywa (z wyjątkiem czosnku) potarłam na wiórki (użyłam malaksera z odpowiednią, tarczą)wymieszałam,
dodałam soli wg uznania (próbowałam, mieszanka była lekko słona),
dodałam ziół (majeranek i tymianek),
gniotłam, gniotłam (w rękawiczkach!) aż pojawił się sok,
przełożyłam do słoja mocno ubijając tak, by cały czas wyciskać sok,
na koniec przygniotłam słoiczkiem wypełnionym wodą i zostawiłam na tydzień.

Sok wydziela się nadal, wypływa, trzeba słój postawić w czymś (ja w garnku), bo jak zalejecie sobie kuchnię, to już chyba tylko remont. Nadmiar soku zlewałam do słoiczka i do lodówki, długo tam nie stał, bo wypijałam.

Po tygodniu przełożyłam do słoików, dbałam, by na wierzchu był sok, pod zakrętki dałam folię i przeniosłam do chłodnego miejsca.

Część tych warzyw zostawiłam w dzbanku w kuchni właśnie na sok. Przez trzy dni odcedzałam, dolewałam przegotowanej wody (porządnie mieszałam i ubijałam) a sok wypijałam. Podobno zdrowe, ale ja to lubię i to jest dla mnie najważniejszy i jedyny argument. Mam zamiar przekładać warzywka do dzbanka i produkować sok do wyczerpania warzyw a potem od nowa.


2. Zakwas. Się robi, jak się uda, to się pochwalę :-) Trzymajcie kciuki. Robię tak samo, jak Penelopa - tutaj.



3. SAL idzie do przodu, nie pomyliłam się, wszystko się zamknęło, proszę bardzo.


4. Dzisiaj nie sposób nie wspominać. Więc wspominam. Mojego Tatę, którego zdjęcie towarzyszy mi na co dzień. Często rzucam na nie okiem, czasami coś w myślach zagadam...









czwartek, 27 października 2011

A dzisiaj upiekłam chlebek :-)

Zarażona przez Penelopę (zajrzyjcie koniecznie - klik klik) upiekłam i ja. Nie tak dobry jak jej chleb, ale mąkę żytnia kupiłam i spróbuję wyhodować sobie zakwas.


A na razie użyłam drożdży piekarskich, kilogram mąki chlebowej, szklankę otrąb orkiszowych i szklankę ziaren słonecznika, do tego 800 ml wody, wymieszałam, poczekałam 15 minut aż lekko wyrośnie, przełożyłam do foremek wysmarowanych tłuszczem, poczekałam aż wyrośnie porządnie (około godziny), w międzyczasie spryskiwałam wodą, a potem piekłam 45 minut (temp. 220st) i mam! Dwa bocheneczki.


Pychota!

środa, 26 października 2011

SAL 2011 - część druga - plus kuchenne zajęcia

SAL posuwa się do przodu małymi kroczkami, w tej chwili, dosłownie w tej, bo zdjęcie zrobione tuż przed napisaniem tej notki, wygląda tak:


Czasami się zagapiam i zamiast renifera pojawia się jeleń na rykowisku, proszę bardzo:


Oczywiście pruję, no bo cóż mi pozostaje.
Była też zabiedzona krowa zamiast renifera, ale wyglądała tak żałośnie, że unicestwiłam ją na wieki bez fotki.

Poza tym kuchennie. Upiekłam drożdżowe pierogi z pieczarkami, miały być na obiad, ale nie dotrwały.


Z reszty ciasta zrobiłam takie coś, posypane ziołami, posolone, pyyyyyszna przekąseczka, zniknęła błyskawicznie.


Pokusiłam się w tym roku o samodzielne ukiszenie kapusty według tego przepisu. Przez tydzień kapusta kisi się w worku odpowiednio posolona i wymieszana z marchewką


a potem przekładamy ja do słoiczków.


Zaglądam do tej kapusty codziennie, wygląda dobrze, pachnie dobrze, mam nadzieje, że się uda.
Prócz tego w słojach kiszę na zimę mieszankę warzywną (buraczki, seler, marchewka, cebula i czosnek, wszystko to doprawione ziołami), pojęcia nie mam, co z tego wyjdzie, zapach ma dobry, sok przepyszny (można go sobie codziennie podpijać, dla mnie to wielka frajda), możliwe, że dorobię się fajnych warzywek kiszonych na zimę. Za trzy dni wszystko się okaże. Wtedy też zrobię im fotkę :-)

piątek, 21 października 2011

SAL 2011 - część pierwsza

Złamałam się jako ten suchy badylek, porzuciłam kurę i zabrałam się za Świąteczny SAL 2011. Nie zdzierżyłam i tyle.

Materiały - tkanina hardangerowa biała, mulina Anchor 382.
Jest tyle :-)


Zdjęcie z lampą błyskową, miałam nadzieję, że cieplejsze:


I jeszcze bałagan na moim stoliku


i rzut oka na moje ulubione miejsce pracy po króciutkim sprzątaniu :-)

Ciąg dalszy nastąpi, na pewno! Plany hafciarskie bożonarodzeniowe mam w tym roku ogromne i część z nich zrealizuję.

czwartek, 20 października 2011

Tunika

Tunika zrobiona dawno, ale w końcu wypakowana i mogę pokazać :-) Idealna dla chudzielców, ale dla tych chudych inaczej, tez niezła :-) Rękawki 3/4, bo długie mnie irytują i wciąż je podciągam.



Zbliżenie na sznurowania przodu, nadal sznurowanymi przodami jestem zauroczona i pewnie za jakis czas znów coś podobnego powstanie.


Włóczka Rozetti First Class, skład 50% wełna merino, 50% mikrofibra.

niedziela, 16 października 2011

Oprawy haftów i okna :-)

Zasypuję Was dzisiaj postami, ale skoro udało mi się dopaść aparat - nadrabiam zaległości.

1. Dolny obraz wypełnił pustkę pod górnym. Haft już kiedyś pokazywałam, teraz pokazuję passe partout. Jest zrobione z tkanin, ciemny kolor to len, jasny to bawełna. Obok tych obrazów mam kawałek pustej ściany, zastanawiam się nad wykonaniem Świątecznega SAL 2011 w tej kolorystyce. Jeszcze myślę, ale skłaniam się w tę stronę coraz bardziej.

Zbliżenie na dolny, trochę kiepskie, wiem.



2. Tym razem górny obraz stał się towarzystwem dla dolnego, stąd passe partout w takich odcieniach. To też tkaniny. Zastanawiam sie nad przemalowaniem ramki na ciemną zieleń.



3. Tan haft też już znacie. Oprawa, a jakże tkaninowa. A ramka? Znaleziona na strychu, wyszlifowana papierem ściernym, pomalowana i gotowe :-)



4. Okno już pokazywałam, ale zdjęcie było absolutnie nieudane, dlatego pokazuje ponownie.

Firana, to szyfon. Kupiony na wyprzedaży po 8 złotych za metr - interes życia zrobiłam :-)



sobota, 15 października 2011

Ponczo

Ponczo zostało skończone jakiś czas temu - dzisiaj ma swoja premierę :-) Ma same zalety - jest lekkie, ciepłe, przemiłe w dotyku... Włoczka, to Moher Lux firmy Himalaya (ten sam, z którego zrobiłam tę chustę) połączony z akrylem tej samej firmy (Naddie, 369m/100g).




Dół obrobiłam szydełkiem, potem dowiązałam frędzle - cztery nitki akrylu i jedna moheru złożone na pół.



Stójka - golfik zrobiona jest szydełkiem.


Zrobiłam z czterech części, które potem zszyłam. Zaczęłam od nabrania 84 oczek i po jednej stronie spuszczałam co cztery rzędy dwa oczka, dokładniej - raz na cztery rzędy przerabiałam razem 3 oczka.


I jeszcze haft. Robi się :-)