czwartek, 24 listopada 2011

Kolorowe życie wersalki :-)

Takie właśnie od dzisiaj moja wersalka będzie miała. Do tej pory było jasne, więc tez nieźle. Ale do rzeczy.

Kupiłam wersalkę, powiedzmy 5 lat temu. Powiedzmy, bo może to było 6 a może 6 i pół. Nie pamiętam i nie jest to ważne. Miała być obita jasną tkaniną, która da się łatwo umyć, czyli czymś sztucznym. Taka była. Niestety, jak tylko gwarancja się skończyła, tkanina zaczęła brzydko pękać i obłazić. Ukrywałam to pod patchworkiwm a potem pod różnymi kocami, narzutami... W końcu udałam się do tapicera. Za nowe obicie zażądał - bagatela! - tysiąca złotych. Dalej zasłaniałam brzydkie miejsca, a było ich coraz więcej i nie było to fajne. Rozważałam różne opcje, najłatwiej było kupić nową i po kłopocie, ale zwyczajnie było mi żal kasy. No i ma ta moja wersalka jedną ważną zaletę - jest wygodna. Do siedzenia. Do spania beznadziejna. W końcu postanowiłam sama rozwiązać problem, przeprowadzając się, zabrałam ją ze sobą jako worek treningowy. A trenować zamierzałam tapicerstwo. I proszę, oto efekt.






Zbliżenie na tkaninę.
Jeszcze koszty. Całe 18 złotych. A tak. Tkanina, to zasłony ze szmateksu. Prułam, zszywałam na nowo, trochę sztukowałam, prasowałam, ale nie do końca udało się szwy rozprasować. Nauka kosztuje, ale w tym przypadku nie było to kosztowne. Myślę, że z rok wytrzyma. W ciągu roku znajdę tkaniny w nieco innej kolorystyce i obije ją na nowo. Marzy mi się granatowy dół i granatowo-kremowa góra. I oczywiście taniutko ma być :-)

niedziela, 13 listopada 2011

Anagram - Round Sampler - reaktywacja

Swoje bidulek odleżał. Tu (klik-klik) pisałam o nim ostatnio, od tamtej pory nie tknęłam. I nagle teraz poczułam, że mam ochotę go skończyć. Tak wygląda obecnie:


O dziwo, nie czuję znużenia, wręcz muszę sobie dawkować wyszywanie, bo najchętniej spędzałabym nad nim cały czas. A tu tyle rzeczy do zrobienia :-)

Obiecałam sobie, że jak skończę, wykończę kury a potem, potem... potem będzie to - Quaker Diamonds. Znalazłam przeliczenie kolorów na DMC i tego będę się trzymać. Mam ochotę na ten haft od dawna, mam nadzieje, że moje plany zostaną zrealizowane i, że siłą rozpędu wyszyję jeszcze jeden z tej serii czyli Spring Quakers.
Nie macie pojęcia jak bardzo jestem "nakręcona" na wyszywanie :-)

środa, 9 listopada 2011

Hafcik urodzinowy i hafcik kołderkowy.

Dwa hafciki, świeżutko zdjęte z tamborka :-)

Jutro są moje urodziny i z tej okazji życzę Wam i sobie tego wszystkiego co poniżej.

Hafcik swoje odczekał, zaczęłam go w zeszłym roku, pisałam o nim tutaj i tutaj. Zrezygnowałam z oryginalnych literek, część napisu jest jaka jest. Poddałam się i nie żałuję :-)

Dawno już nie wyszyłam żadnego hafciku na kołderki. Czas to zmienić :-)



sobota, 5 listopada 2011

SAL 2011 - bombka

Ale bez środka, żeby nie było, że pokazuję gotowy efekt.

Kanwa - dziwaczna, to jedyne sensowne określenie - bardzo luźny splot, duże dziury, miękka, wręcz szmatława. Na 152 mm mieści się 105 krzyżyków, wygląda zatem na 18ct. Kolor kanwy ecru, mulina DMC 3857.

Teraz przerwa od światecznych wzorków, bo ruszyło mnie sumienie. Efekty, mam nadzieję, za kilka dni. A może i szybciej.

piątek, 4 listopada 2011

SAL 2011 - skończyłam Lili Soleil:-)

A tak. Na dowód zdjęcia. Nie całości, bo całość to dopiero 22 grudnia. Środeczek.

Zmieniłam płatki śniegu, no nie zdzierżyłam, okrutnie ciężkie mi się wydały, nawet wyszyte pojedynczą nitka muliny drażniły. Napis tez uległ likwidacji, w jego miejsce pojawił się taki malutki w lewym rogu.


"SALowej" zabawy nie kończę, mam ochotę na jedną lub dwie bombki a potem pewne serduszka, które mnie zauroczyły.

Z kuchennego frontu nie mam dobrych wieści. Zakwas wyhodowałam, ciasto przygotowałam, przed pieczeniem zwiększyło objętość dwukrotnie, o proszę:

ale chleb wyszedł marny, ciężki. Smakuje nawet, nawet, ale to nie to, tego jestem pewna. Oczywiście sześć łyżek ciasta odłożyłam, będę próbować, tak łatwo się nie poddam :-)

wtorek, 1 listopada 2011

Prawie jak co dzień

Będzie w punktach, bo lubię porządkować rzeczy i myśli.

1. Kiszenie warzyw. Pisałam o tym jakiś czas temu, nie odpowiedziałam no jedno z pytań, bo czekałam co z tego kiszenia wyniknie. Skład moich warzyw: buraczki, seler, marchewka, cebula, czosnek, ale muszę dodać, że przeważały buraczki. Tak naprawdę to jest jeden wielki eksperyment. Najpierw przepis a właściwie wariacja na temat :-)

Warzywa (z wyjątkiem czosnku) potarłam na wiórki (użyłam malaksera z odpowiednią, tarczą)wymieszałam,
dodałam soli wg uznania (próbowałam, mieszanka była lekko słona),
dodałam ziół (majeranek i tymianek),
gniotłam, gniotłam (w rękawiczkach!) aż pojawił się sok,
przełożyłam do słoja mocno ubijając tak, by cały czas wyciskać sok,
na koniec przygniotłam słoiczkiem wypełnionym wodą i zostawiłam na tydzień.

Sok wydziela się nadal, wypływa, trzeba słój postawić w czymś (ja w garnku), bo jak zalejecie sobie kuchnię, to już chyba tylko remont. Nadmiar soku zlewałam do słoiczka i do lodówki, długo tam nie stał, bo wypijałam.

Po tygodniu przełożyłam do słoików, dbałam, by na wierzchu był sok, pod zakrętki dałam folię i przeniosłam do chłodnego miejsca.

Część tych warzyw zostawiłam w dzbanku w kuchni właśnie na sok. Przez trzy dni odcedzałam, dolewałam przegotowanej wody (porządnie mieszałam i ubijałam) a sok wypijałam. Podobno zdrowe, ale ja to lubię i to jest dla mnie najważniejszy i jedyny argument. Mam zamiar przekładać warzywka do dzbanka i produkować sok do wyczerpania warzyw a potem od nowa.


2. Zakwas. Się robi, jak się uda, to się pochwalę :-) Trzymajcie kciuki. Robię tak samo, jak Penelopa - tutaj.



3. SAL idzie do przodu, nie pomyliłam się, wszystko się zamknęło, proszę bardzo.


4. Dzisiaj nie sposób nie wspominać. Więc wspominam. Mojego Tatę, którego zdjęcie towarzyszy mi na co dzień. Często rzucam na nie okiem, czasami coś w myślach zagadam...